Sercem urodzone

Sercem urodzone
W błękicie Twoich oczu odnalazłam szczęście....

czwartek, 12 lutego 2015

Nie ma to jak w domu

Pieczę dostaliśmy niesamowicie szybko, ale każde odwiedziny u synka pamiętam dokładnie. Na pierwszym spotkaniu bez Pani z OA przebierałam Smerfa, nosiłam Go, usypiałam. Szybko się jednak znudził moim i męża uwielbianiem, bo zaczął marudzić. Z czasem marudzenie przerodziło się w płacz, a ja nie potrafiłam Go uspokoić. Serce mi wtedy pękało - ja, Mama, nie wiem jak ukoić szloch mojego dziecka. Dziś wiem, że za duże miałam wyobrażenia: przecież Smerf nie znał nas, pojawiliśmy się i zaburzyliśmy rytm Jego dnia. 
Znaczną część drogi powrotnej do domu przepłakałam, tak mi było źle z tym. Następnego dnia postanowiliśmy, że "małymi krokami do celu". Było weselej, synek zasnął tulony przeze mnie, trzymając kurczowo palec taty. Z każdą godziną spędzoną razem było lepiej - udawało się Go uspokoić, nakarmić, wykąpać. Odjeżdżaliśmy z żalem, ale spokojni: wiedzieliśmy, że synek zaczyna nas akceptować. Kiedy pewnego dnia zostaliśmy z Nim sami i spędziliśmy fantastycznie czas wiedziałam, że jesteśmy gotowi. I Smerf również.

Kiedy otrzymaliśmy pieczę od razu pojechaliśmy po synka. Wcześniej daliśmy znać RZ, która była bardzo do Niego przywiązana. Nie obyło się bez wzruszenia. Kiedy wyjeżdżaliśmy spod domu RZ i ja miałam łzy w oczach - łzy szczęścia i wzruszenia. Łzy troski, bo moje szczęście było okupione smutkiem RZ. 
Kilometry w drodze do domu ciekały szybko, synek spał albo podziwiał krajobraz. Jednak tuż przed naszą miejscowością rozpłakał się strasznie. Nie pomogło zabawianie ani kołysanie. Przez chwilę opanował mnie strach: co będzie, jeśli nie zdołam Go uspokoić? Moje obawy rozwiały się, kiedy wzięłam Smerfa i przytuliłam do siebie. Wtulił się we mnie, westchnął i uśmiechnął się promiennie. Do domu jednak dojechać musieliśmy, więc co jakiś czas (zanim marudzenia przeradzało się w płacz) robiliśmy przystanek i tuliliśmy się do siebie. Kiedy już zaparkowaliśmy przed domem, Smerf rozpłakał się na dobre. Po niecałej minucie, kiedy przekroczył próg, a mąż powiedział:
- Witaj w domu synku,
Smerf ucichł i nie zapłakał więcej. Czuł, że jest w domu. Czuł, że jest bezpieczny.

Przez kilka następnych tygodni nie wiedzieliśmy, co to płacz. Aż czasem martwiłam się, czy wszystko jest w porządku. Mijający czas pokazał, że Smerf jednak potrafi płakać. A nawet udawać, że płacze :)


Stópki Smerfa

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz