Sercem urodzone

Sercem urodzone
W błękicie Twoich oczu odnalazłam szczęście....

poniedziałek, 18 sierpnia 2014

A tak to się zaczęło....

...i żyli długo i szczęśliwie, wychowując gromadkę dzieci - tak kiedyś zakończę bajkę o Nas, głęboko w to wierzę. A tymczasem wychodzę na ostatnią prostą w tym rozdziale życia.

Kiedy cztery lata temu przed ołtarzem obiecałam mojemu mężowi obdarzyć miłością dzieci, jakimi nas Bóg obdarzy, nie sądziłam, że ta droga będzie tak kręta i wyboista. Nie przypuszczałam, ile łez przyjdzie mi wylać, ile będzie chwil zwątpienia i załamania. Naiwna wierzyłam, że urodzę śliczne, zdrowe maleństwo, którym rodzina i znajomi będą się zachwycać. Bo czemu miałabym myśleć inaczej?


Każdy kolejny miesiąc przynosił nowe rozczarowanie. Nie zliczę, ile wykonałam testów ciążowych, ile razy trzęsącymi się rękoma doszukiwałam się chociaż cienia drugiej kreski. Ile kosztowało mnie, żeby w końcu spojrzeć w lustro i powiedzieć: "mamy problem". Tak, My mamy. Niepołodność Nas dotknęła. Lekarz dał nadzieję. Raz, drugi, dziesiąty. Niby wszystko było ok, ale coś jednak nie trybiło. "Niepłodność idiopatyczna" wpisał w rozpoznaniu, kiedy skończyły się pomysły, co może być nie tak. Kiedy "problemy" miesiąc po miesiącu były stopniowo eliminowane. Kiedy nadzieja powoli gasła....

Nagle dostaliśmy z mężem olśnienia! To było jak świeży powiew wiatru. To było jak dzień lata w środku mroźnej zimy. To było dobre. To była Nasza Droga - adopcja. Ah, jakie to się wtedy wydawało proste! Wiedzieliśmy o adopcji tyle, co nic. I ta droga Nas zaskoczyła, ale o tym później. 

Jesteśmy w ciąży. Adopcyjnej oczywiście. Czekamy na TEN telefon. Czekamy 17 miesięcy, a 10 po kwalifikacji. Czekamy na NASZE DZIECKO.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz