Sercem urodzone

Sercem urodzone
W błękicie Twoich oczu odnalazłam szczęście....

wtorek, 27 października 2015

Łzy wruszenia. Rok.

Dokładnie dziś, kilka godzin później, zadzwonił telefon. Wywrócił nasze skurpulatnie poukładane życie do góry nogami.
Wciąż mam dreszcze, jak o tym pomyślę.....
Tyle bym chciała napisać, ale łzy wzruszenia swobodnie opadają na ekran tableta, tworząc mokrą plamę.
Więc tylko tyle - nasze życie rok temu zyskało zupełnie nowy wymiar. Dziś nie wyobrażam sobie, aby mogło być inaczej. Wszystko jest tak, jak powinno.
Kocham Smerfa, kocham mojego syna, który dla mnie, choć urodzony w środku lata, narodził się zamgloną, zimną jesienią. I pokolorował ją, kolorując każdy kolejny dzień na nowo.

Pogoda zeszłego roku była identyczna o tej porze. Smerf rok młodszy. Ja szczęśliwa. Jak teraz.

sobota, 24 października 2015

Mama Ewa

- Awa!!!!!! Mama! Mama Awaaaaaa!!!! - dobiega mnie głos synka.
- Ewa - poprawiam Go - Mama Ewa.
- Awa......Ewa! - Smerf aż piszczy z radości, kiedy uda mu się prawidłowo powiedzieć.

Nauczył się cwaniaczek mały wymawiać moje imię. Swojego nadal tylko pierwszą sylabę. Do słownika doszły też takie słówka jak: kawa, aaaaa kuuuu (akuku), pi (picie). Najbardziej dumna jestem jednak z Ewy. 

Mama Ewa. Mama. Mamusia. 
Wciąż się wzruszam i nadal mam oczy w mokrym miejscu. Czytam synkowi na dobranoc Jeża i łkam, a On nie bardzo wiedząc czemu płaczę, podziela moje lamenty albo od razu całuje (wszak pocałunek ma wielką moc uzdrawiającą). A ja wtedy łkam jeszcze bardziej, uświadamiając sobie wciąż na nowo, jakie mam szczęście, że jest. Taki mój. Taki nasz. 

Każdego dnia wyznaczam sobie nowe granice, ale w macierzyństwie są one nie do ogarnięcia. Gdyby kilka lat temu ktoś powiedział mi, że będę śpiewała "Małe pieski dwa" żonglując łyżeczką pełną zupy zastrzeliłabym swojego rozmówcę śmiechem :) a dziś dla Smerfa jestem w stanie być ponad czymś, aby był szczęśliwy. Czasem aż sama zadziwiam siebie.
Miłość matki nie zna granic - nie pamiętam już gdzie i kiedy usłyszałam te słowa. Słowa o wielkiej mocy sprawczej. 


Smerfik zrobił się bardziej przytulaśny niż był. Potrafi bawić się, wstać, podejść, położyć swoją buzię na moich kolanach wydając przy tym westchnienie "oooaaaa", dać buziaka i wrócić do zabawy. W obcym miejscu przez pierwsze kilka minut jest we mnie wciśnięty jak pijawka, nieśmiało tylko zerkając wokół (co się dzieje później to już inna bajka :) ...... ). Nie każdy (jak to się wcześniej zdarzało) nowo poznany człowiek zyskuje Jego aprobatę (nawet jeśli przekupuje Go czymś interesującym). Kiedy jednak tak się stanie, nie ma już szans, aby odetchnąć - Smerf chcę skakać, gonić się, robić samoloty, tańczyć i przekraczać granice. 

To nic, że wyciągnął wąż od pralki i zalało pół łazienki u góry (i przy okazji sufit na dole). To nic, że wyciągnął ze śmieci skórkę od banana i przyniósł ją na stół do salonu mówiąc "ma". To nic, że schował w drukarce kilka paluszków na później. To nic, że szczotką od wc umył brodzik. 
To wszystko nic w porównaniu z tym, że jest i każdego dnia koloruje naszą szarość dnia. 

sobota, 17 października 2015

Sportowe wyczyny Smerfa

Niedojedzona kanapka schowana pod łóżko. Miś śpiący w kuchennej szufladzie. Bucik Smerfa i chustka rzucone za barierkę ochronną na schodach. Ciepłe naleśniki. Uśmiech od ucha do ucha, najpiękniejszy pod słońcem.

Tak wita mnie przeciętny dzień, kiedy porywa mnie praca i z utęsknieniem wracam do domu. Tam, w pracy, staram się nie myśleć za dużo co w domu, bo pewnie po tygodniu nie byłoby ze mną najlepiej ;) - a sama mam przecież innym pomagać :) Ale tak się nie da - doskonale wie ten, który do pracy po macierzyńskim ruszył.....
Więc odliczam minuty i sekundy, a w drodze powrotnej nie myślę o niczym innym, jak o moich kochanych chłopakach. A kochani są ponad miarę, muszę przyznać.

Smerf zaczyna zaznaczać swoją indywidualność - kiedy chce pobawić się sam słyszę "ijć" - moje próby pozostania z Nim załatwia w bardzo prosty sposób: bierze mnie za rękę i wyprowadza z pokoju ;) jest to urocze, muszę przyznać. Jednak wciąż te zabawy trwają kilka, maksymalnie kilkanaście minut i następuje szukanie nowych wrażeń.
A te, rzecz jasna niekoniecznie są dozwolone.....

Rzucanie piłką do celu: prosta dyscyplina sportu polegająca na rzucaniu gumową piłką na stół (na którym aktualnie stoi np. kubek z kawą), na garnek z gotującą się zupą czy w doniczkę z kwiatkiem.
Nurkowanie: jedna z dyscyplin sportu polegająca na nabieraniu w usta dużej ilości płynu i efektywnym wypluwaniu go na ubranie z jednoczesnym bąblowaniem (ps. koniecznie musi delikatnie spływać po brodzie).
Aerobik: ćwiczenia ruchowe, wykonywane wszystkimi partiami ciała - najczęściej w momencie ubierania/ rozbierania, balsamowania czy zakładania bucików.
Kolaże: sztuka współczesna polegająca na rozlewaniu płynów i rozcieraniu ich w miejscach niedozwolonych. W ekstremalnych warunkach kolaże wykonywane są za pomocą jedzenia w miejscach jeszcze bardziej niedozwolonych.

Czy ja już wspominałam Wam, że czeka mnie remont? Jeśli nie, to tak - czeka mnie remont. Nowe dywany już nie są nowe (w zasadzie są, ale daleko im do doskonałości). Ściany też jakby straciły swój blask..... ;)
Ale za to uśmiech mojego dziecka jest bezcenny, za wszystkie inne szkody zapłaci tata kartą master card :) :) :)

niedziela, 4 października 2015

Kobiecie nie dogodzisz, czyli krótka bajka o spełnionym marzeniu :)

A więc .... porobiło się.

Jeszcze nie tak dawno komentując post u Bajki napisałam, że chciałabym popracować "rozrywkowo", przez jakiś krótszy czas, aby obyło się to bez większego uszczerbku dla Smerfa - bo czas spędzony z dzieckiem jest nie do odzyskania.

I masz - trafiło się ślepej kurze ziarno. Jest projekt, są działania. W moim zawodzie. Zadaniowy czas pracy, elastycznie. Czas realizacji do końca roku. Wynagrodzenie równie kuszące, chociaż wcześniej zupełnie o tym nie myślałam.

Zupełnie od niechcenia złożyłam swoje dokumenty, bo dostać się jest naprawdę trudno. Miejsce jedno (akurat na to działanie), a chętnych kilkadziesiąt. Uśmiechnęłam się tylko, jak przeszłam do kolejnego etapu, razem z kilkunastoma innymi osobami. "Ale wiesz - mówiła mi przyjaciółka - zawsze mignęło im gdzieś Twoje nazwisko i w razie czego nie jesteś już kolejnym CV, a to dobrze rokuje na przyszłość". W sumie racja, nic nie tracę, nic nie zyskuję. Po kolejnym etapie, widząc kandydatów z nosem wlepionym w dokumenty, już nie miałam złudzeń.

Chyba nie muszę Wam pisać, jakie było moje zdziwienie, kiedy zobaczyłam swoje nazwisko jako TE WYBRANE. Nie powiem, samoocena skoczyła +10 pkt w górę. A może nawet 20.

Ale.....no właśnie, zawsze jest jakieś ale. Tym razem Smerf.
Ale jak on zniesie moje znikanie na kilka godzin? (chociaż będę się starała wpasować w Jego drzemkę, aby za dużo nie stracić).
Ale jak to będzie, jak to będzie ? - ciągle myślę.

Zostanie w dobrych rękach, tatusiowych. Jak to dobrze, że mamy ten komfort. Naprawdę nie wyobrażam sobie, aby miał zostać z kimś innym. Tatuś dumny z mamy ("wiedziałem, jaką mam zdolną żonę"), zadowolony, że będzie mógł spędzić z synem jeszcze więcej czasu ("ja bym mógł z Nim ciągle siedzieć") i - bądź co bądź - usatysfakcjonowany, że będzie mógł swoją pracę nieco "poluzować" - tylko czy to aby wyjdzie Nam na dobre.

Co będę oszukiwała, boję się jak to będzie. Niby czas szybko minie, a Smerf na pewno ucieszy się z dodatkowych książeczek, które będę mu przywoziła, bo po drodze mam mnóstwo księgarni. Może nie będzie tak źle? Powiedzcie, że nie.....